Noc na dobre wydarła słońcu władanie nad okolicą. Nawet księżyc skrył się gdzieś za horyzontem.
Wyjechali z jasnej, przytulnej stajni wprost w chłód nocy. Jeszcze chwilę temu głośni, rozśpiewani, teraz cichli w miarę, jak zanurzali się w lepkich ciemnościach. Gdzieś nad wschodnim horyzontem jaśniał Jowisz, wskazując drogę i pozwalając choć trochę się zorientować. Bezchmurne niebo w miarę, jak oczy przyzwyczajały się do ciemności, roziskrzało się coraz bardziej tysiącem gwiazd. I wszystko było magiczne w tę noc.
Magicznie było, gdy wjechali na leśną ścieżkę, w – jak się okazuje to możliwe – jeszcze większe ciemności. Mieli wrażenie jakby płynęli po morzu czerni, delikatnie się kołysząc, a ziemia nie istniała, tylko idealnie spokojne morze ciszy sklepione nieboskłonem upstrzonym gwizadami.
Magiczny był spokój lasu, który wsączał sie w duszę wprawiając ją w idealny stan blogości. I całkiem na nowo, przez ten spokój i nastrój, odkrywało się gwiazdy ponad głową.
Magiczne były resztki Perseidów, które postanowiły tej nocy nadrobić zaległości z niedawnego, niezbyt udanego maksimum. Szczególnie jedna, jak ścieżka ognia powoli dryfująca przez prawie pół nieboskłonu dała przepiękny pokaz możliwości, jakby za jednym zamachem chciała spełnić marzenia wszystkich.
Magiczny był galop, gdy nie widziało się czubka własnego konia, gdy trzeba było doskonale i bezgranicznie mu zaufać, że on/ona jednak lepiej wie, dokąd biegnie, lepiej zna te lasy i prawdopodobnie lepiej widzi.
Magiczne były sny, marzenia i muzyka, które budziły się w duszy. I energia, która się przez to zrodziła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *