Kasztanowłosa klaczka niecierpliwie stąpała skrajem drogi. Mimo pozornego spokoju i obojętności, z jakim podskubywała trawy i jagodziny, czuć było coraz większe podekscytowanie w każdym mięśniu rozgrzanego ciała. Po godzinie karnego podążania w szyku będzie można wreszcie pobiec tak, jak się chce, przed siebie, ścigając się z wiatrem. Jeszcze tylko poczekać na swoją kolej, przepuścić inne, może bardziej niecierpliwe, konie.

Jeździec stara się odwrócić jej uwagę i wchodzą trochę głębiej w las. Ściółka zachęcająco pachnie wilgocią, możnaby się zatracić w jej zieleni i soczystości. Ale gdzieś w środku drga niecierpliwa nuta, która spina ostatkiem sił tłumioną energię. Cichy las gra w rytm tętentu kopyt oddalającego się poprzedniego konia. Powoli wracają na drogę, a klaczka jest coraz bardziej rozdarta pomiędzy pragnieniem galopu, a powstrzymującym ją z coraz większym trudem jeźdźcem.

W końcu pada krótka komenda "jedź", człowiek w półsiadzie lekko cofa łydki, lecz ona i bez tego wie, że teraz jej kolej. Już dłużej niepowstrzymywana pędzi wreszcie w szalonym radosnym biegu, przed siebie. Nie ma już innych koni, nie ma melodii lasu, jest tylko prosta droga, jeździec na grzbiecie i galop. Jak w pierwotnej, dziewiczej pustce świata. W tym pędzie wiatr należy do nas, czas jakby nie nadążał. Pomiędzy jednym a drugim uderzeniem kopyt o ziemię mija cała zielona wieczność, a w niej świadomość każdego oddechu, każdego ruchu, każdego mięśnia. Pędź, kochana, pędź, krzyczy nad uchem człowiek.

Wreszcie widać przed sobą pozostałe konie, krótki galop kończy się, gdy ledwo się zaczął. Za sobą słychać tętent ostatniego konia, ciężkie oddechy, lekkie zmęczenie niczym natrętna mucha nie warta uwagi. Ale i radość, zadowolenie jeźdzca, ślicznie, piękna, ślicznie, mówi, gładząc bok konia i nie zważając na wilgotny ból na nowo rozdartej, niedawno co zagojonej łydki.

Tagged on:     

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *